Z Jackiem Antczakiem rozmawia Magdalena Karst (PDF)
Magdalena Karst: "Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall" nie jest klasycznym wywiadem-rzeką. Swój wkład w tworzenie tej książki zamyka pan w słowach: wybór, kompozycja, uzupełnienie oraz dokumentacja. Na czym właściwie polegała pana rola?
Jacek Antczak: Moja bohaterka mawia, że zapisuje, to, co powinno być zapisane. Że jest protokolantką, "sumiennym researcherem". To może ja miałem podobną rolę w odniesieniu do niej. Byłem researcherem Hanny Krall.
Trudno jest być researcherem wielkiej reporterki?
Trudno, ale fantastycznie. Zbiera się jej porozrzucane, a przecież tak ważne słowa, jej zapomniane czasem wypowiedzi i opowieści o reportażu, reporterach, niezwykłych bohaterach jej książek, czy o własnej biografii. A potem czeka się, co z tego wyjdzie, co na to powie Hanna Krall, researcherka życia. I ma się poczucie, że robi się coś ważnego, że zapisuje się Hannę Krall - jej słowami. To fascynująca przygoda dla reportera.
Dzięki tej książce miał pan szansę współpracować z Hanną Krall. Nie czuł się pan tym onieśmielony?
Dla dziennikarza, wiem to od wielu z nich, spotkanie z Hanną Krall na pewno wymaga odwagi, a wspólna praca nie jest łatwa. Tym bardziej, że kiedy rozmawialiśmy o naszej książce, o życiu, o ludziach czy po prostu żartowaliśmy sobie, cały czas miałem poczucie, że siedzę sobie naprzeciwko niesamowitej reporterki, która jest dla mnie kimś więcej niż dziennikarką i kimś więcej niż pisarką. Chociaż mam naturę ryzykanta, wymagało to ode mnie pokonania jakieś wewnętrznej bariery. Potrzebowałem na przykład dużo czasu, zanim odważyłem się pokazać jej książkę z moimi reportażami, chociaż mnie o to prosiła. Ale zabrakło mi już odwagi, żeby z nią o nich porozmawiać. Uciekłem od tematu.
Hanna Krall jest bardzo czujna. Pamiętam naszą pierwszą, telefoniczną rozmowę. Ani na chwilę nie wyszła ze swej roli i cały czas zadawała intrygujące pytania. Na przykład: czy historię stu lat kamienicy można zawrzeć na stu stronach?
Co pan wtedy odpowiedział?
„Pani Haniu, pani pewnie udałoby się na pięćdziesięciu, ale sto stron powinno być w sam raz”. To była szczera odpowiedź, nigdy nie podlizywałem się reporterce, to by była zła taktyka. Hanna Krall pisała wtedy "Wyjątkowo długą linię". Najpierw zrobiła mi wstępny egzamin z własnej twórczości (śmiech), a dzięki temu pytaniu dowiedziałem się nad czym pracuje.
Po miesiącach wspólnej pracy czuje się pan jednym z jej uczniów?
Recenzentka "Gazety Wyborczej" napisała o "Reporterce": On rozmawiał, a ona dawała mu szkołę. To zdanie świetnie oddaje charakter naszej współpracy. To było dla mnie fantastyczne doświadczenie - obserwować Hannę Krall przy pracy. Ale nigdy nie byłem i nie będę jej ślepym naśladowcą. Choć z pewnością wiele się od niej nauczyłem. Można powiedzieć, że miałem szczęście dostać kilka lekcji. I to praktycznych.
"Reporterka" pokazuje zawodową drogę, jaką przeszła Hanna Krall - od uczennicy do mistrzyni. Istnieje analogia pomiędzy tym, jak początkująca dziennikarka Hanna Krall przyjmowała uwagi na temat swojej twórczości od Mariana Brandysa, a tym jak uczniowie doświadczonej Hanny Krall przyjmują jej krytykę. Jednym z ulubionych uczniów reporterki jest Mariusz Szczygieł. Ale ona była tylko w tym sensie jego nauczycielką, że czytała jego teksty i o nich rozmawiali. No, trochę tam kreśliła (śmiech). Ale Hanna Krall stara się niczego nikomu nie narzucać, tylko wskazywać właściwy kierunek.
Kiedy odkrył pan Hannę Krall - reporterkę?
 Studiowałem kulturoznawstwo, kiedy na poważnie zainteresowałem się reportażem. W Hannie Krall odnalazłem mistrzynię. To był przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, wtedy już pisała o Zagładzie, wychodziły jej książki: "Sublokatorka", czy "Okna". Na własną rękę szukałem jej starych reportaży - tych z "Polityki", moim zdaniem znakomitych, nikt tak nie pisał. To właśnie dzięki tym lekturom pomyślałem o dziennikarstwie. Ale bardzo ambitnie - uznałem, że jeśli pójdę w tę stronę, to też zajmę się reportażem. Parę lat potem to się spełniło - w redakcji pisałem pięć newsów dziennie, a popołudniami spotykałem się z bohaterami moich większych tekstów, cały czas szukałem tematów i ludzi, którzy zasługiwali na opisanie. Na początku lat 90. zacząłem dodatkowo studiować polonistykę. U profesora Stanisława Beresia pisało się prace magisterskie o biografiach pisarzy. Moi koledzy pisali o Szymborskiej, Wojaczku, Karpowiczu, ja wybrałem Krall. Ale bardzo szybko zrezygnowałem. Zobaczyłem, że Hanna Krall jest osobą bardzo tajemniczą i pomyślałem, chyba z przekory, że powinna taką pozostać. O niej można by napisać genialny reportaż, ale mogłaby to zrobić tylko Hanna Krall. Ale wiele materiałów, często unikalnych, miałem zebranych.
Nie można zarzucić panu niekonsekwencji - "Reporterka" jest zawodowym portretem Hanny Krall. Naprawdę nie korciło pana, żeby zajrzeć głębiej?
Zajrzałem znacznie głębiej. Kiedyś Hanna Krall zadała mi pytanie-stwierdzenie: Panie Jacku, pan już o mnie wszystko wie?! Z pewnością nie wiem wszystkiego, ale wiem dużo, dużo więcej niż jest w "Reporterce".
To miała być książka o warsztacie i to, co jest znaczące w biografii Hanny Krall dla jej warsztatu, czyli na przykład odgrodzenie od świata w dzieciństwie, wyprawa do Poznania w czerwcu 1956 roku, ludzie - tacy jak Edelmann - których spotkała na swojej drodze, to wszystko w tej książce jest. I wystarczy. Ciekawość świata Hanny Krall rozumiem, bo też ją mam w sobie, ale wścibstwo nie jest wskazane. Ale jeśli ktoś koniecznie chce dowiedzieć się więcej, powinien wczytać się w teksty Hanny Krall. Przyznała się, że często pisze o sobie, ale w trzeciej osobie. A w "Reporterce" mówi przecież o sobie wprost.
Skąd wziął się pomysł, żeby jednak "zapisać" Hannę Krall?
Sześć lat temu uczestniczyłem w spotkaniach reporterów prowadzonych przez Marka Millera. Marek powiedział mi wtedy o projekcie książki, nazwanym roboczo "3xK. Polska Szkoła Reportażu". Ta książka miała być kompilacją wywiadów, jakich w ciągu całego swojego życia udzieliła trójka największych polskich reportażystów: Krall, Kapuściński, Kąkolewski. Ja zająłem się częścią poświęconą Hannie Krall. Marta Sieciechowicz spotykała się z Kąkolewskim, a Ania Fidecka z Kapuścińskim. Zgromadziłem obszerny materiał - zajmuje mi już pół szafy. Ostatecznie projekt "3xK" nie wypalił i każde z nas poszło w swoją stronę. Marta napisała książkę o Krzysztofie Kąkolewskim. Mnie było po drodze z Hanną Krall i postanowiłem kontynuować pracę we własnym zakresie. Znalazłem wydawcę, który zachwycił się pomysłem i wraz z Mariuszem Szczygłem pomogli mi namówić Hannę Krall do udziału w kontynuowaniu pracy nad książką.
Było to trudne?
Hanna Krall miała wątpliwości i na początku nie była przekonana do tego pomysłu. Ale kiedy już się zdecydowała, wiedziała, że to wymaga poświęcenia także od niej - naprawdę się zaangażowała i bardzo mi pomogła. Przecież to jest tak naprawdę pierwsza książka o niej.
A autorzy rozmów, które wykorzystał pan w książce, byli życzliwi czy robili problemy?
Większość reagowała ciepło, czasem wręcz entuzjastycznie. Niektórzy mówili, że są zaszczyceni, że cytuję ich wywiady i że Hannie Krall należy się taka książka. Opowiadali mi też często o swoich spotkaniach z reporterką. Ta książka nigdy by nie powstała bez ich życzliwości wobec mnie i mojej bohaterki.
Nazywa pan "Reporterkę" eksperymentem, ale przecież "Autoportret reportera", który ukazał się parę lat wcześniej, ma podobną formę.
Kiedy pracowaliśmy nad "3xK", wydawało nam się, że robimy coś nowatorskiego i że wkraczamy w nowe rejony dziennikarstwa. Ale pojawiły się przeszkody i utknęliśmy w martwym punkcie. Wtedy wydano "Autoportret reportera". Byliśmy rozczarowani, że się spóźniliśmy, że ktoś zrobił to przed nami. Z drugiej strony widziałem w "Autoportrecie" sporo wad. To uzmysłowiło mi, że pracując metodą swego rodzaju kolażu, łatwo można pogrążyć się w chaosie. A jedno wiedziałem na pewno - moja książka ma być składna, na temat i z sensem. Że ma być prawdziwa i ciekawa.
I rzeczywiście taka jest. Jak to się udało?
Czytelnik, który trzyma ją w rękach, może nie zdawać sobie sprawy z tego, jak benedyktyńską drogę musiałem przejść, żeby dotrzeć do tych stu sześćdziesięciu kilku stron. W pierwotnej wersji "Reporterka" miała stron sześćset i to był już materiał poddany wstępnej selekcji. Składanie trwało dwa lata. Skracałem tekst w sposób brutalny, ale świadomy. Z wywiadów, które w ciągu wielu lat zrobili moi koledzy, wybierałem tylko fragmenty. Potem jeszcze je ciąłem (zresztą dosłownie - nożyczkami) i sklejałem z innymi. Nic w "Reporterce" nie miało prawa się powtórzyć. Książka o Hannie Krall nie może być przecież przegadana,bo co by sobie pomyśleli czytelnicy jej reportaży.
Jak wyglądał pana warsztat pracy, kiedy powstawała "Reporterka"?
Po całym domu miałem porozkładane kartki formatu A4. Na balkonie była część "czytelnika", w sypialni "bohatera", a część poświęconą reportażowi rozlokowałem w dużym pokoju. Kiedy doszedłem do fragmentu "Reporterki" poświęconego warsztatowi Hanny Krall, zdałem sobie sprawę, a właściwie wyczytałem z tych notatek, że pracuję w pewnym sensie tą samą metodą, co moja bohaterka. Hanna Krall też rozkłada wszystkie notatki na tapczanie. Potem szuka, przepisuje wciąż od nowa, porzuca ten tapczan, potem znów się nad nim pochyla. Ja też pochylałem się nad tymi moimi kartkami. Ale nie mogłem od tego uciec, bo nie miałem gdzie. Przecież byłem w domu.
Nie pomyślał pan, w którymś momencie, że prościej byłoby zrobić klasyczny wywiad-rzekę?
Nie. Do dziś jestem przekonany, że pomysł na to, jak opowiedzieć o Hannie Krall, jest ciekawy i oryginalny. Nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym zadać mojej bohaterce pytanie, na które ona już odpowiadała osiemdziesiąt razy. A przecież tego nie dałoby się uniknąć, bo niektóre pytania są fundamentalne i musiałyby paść. Czy uczciwiej byłoby poprosić Hannę Krall, by kolejny raz opowiedziała historię o spotkaniu ze Stauffenbergiem, o której mówiła już w wywiadzie z 1987 roku, niż przytoczyć ją z podaniem autora rozmowy? Dzięki kolegom-dziennikarzom miałem fantastyczny materiał. Musiałem go jednak opracować.
W którym momencie pokazał pan książkę swojej bohaterce?
Hanna Krall zapoznała się z materiałem w chwili autoryzacji. Wcześniej spotkałem się z nią i zrobiłem duży wywiad. Dokładnie wiedziałem, czego chcę się dowiedzieć i jakich odpowiedzi mi brakuje. Ten mój wywiad potraktowałem potem równie bezlitośnie i selektywnie, jak wcześniej wywiady zrobione przez innych dziennikarzy. Wszystkie decyzje podejmowałem z myślą o dobru książki. Także wtedy, kiedy z Hanną Krall ustaliliśmy, że nie będziemy ingerować merytorycznie w odpowiedzi, których reporterka udzieliła kilkanaście czy kilkadziesiąt lat wcześniej. Kiedy więc pada w książce pytanie o ulubione lektury, to odpowiedź Hanny Krall jest taka, jakiej ona udzieliła parę lat temu.
A zdarzało się, że pytania i odpowiedzi na nowo poddawaliście redakcji?
Tak. W kilku miejscach zaingerowałem w treść pytań, które w wersji książkowej czasami odbiegają od oryginału. Hanna Krall uznała, że wypowiedzi sprzed lat albo te spisane z wywiadów telewizyjnych czy radiowych, wymagają poprawek stylistycznych. To było dobre posunięcie. Bartosz Marzec z "Rzeczpospolitej" zauważył, i to jest wielki komplement dla "Reporterki", że Hanna Krall w tej książce mówi, tak jak pisze. Że jest "Reporterce" dużo prostych, celnych zdań. Że jest też kilka opowieści o ludziach, jakby wyjętych z reportaży Hanny Krall. Małą pretensję, która była pochwałą mojej ksiązki, usłyszałem też kilka dni temu od profesora Stanisława Beresia, który szykował się do rozmowy z Hanną Krall do Telewizyjnych Wiadomości Literackich Stwierdził: Jacku, niepotrzebnie czytałem "Reporterkę", teraz nie wiem, o co Hannę Krall zapytać.
Czy "Reporterka" jest tylko dla reporterów?
To książka dla wszystkich, ale mam nadzieję, że będzie ciekawą lektura dla dziennikarzy, którzy chcą prześledzić zawodową drogę Hanny Krall i dowiedzieć się czegoś więcej o jej warsztacie. Jest to też książka dla adeptów reportażu, przyszłych reporterów - taki inny podręcznik, który odpowiada na kilka ważnych pytań.
Mógłbym też odpowiedzieć na to pytanie słowami jednego z recenzentów "Reporterki": wielbiciele twórczości Hanny Krall znajdą w tej książce prapoczątki, komentarze i dalsze ciągi. Bardzo mi się podobają te "prapoczątki" i "dalsze ciągi". Mam nadzieję, że czytelnikom "Reporterki" też.
Rozmowa Magdy Karst powstała dla „PDF”, pisma studentów Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego (publikacja czerwiec 07 pt. „Prapoczątki reporterki”), opublikowana również w portalu internetowym „kulturaonline.pl”: http://www.kulturaonline.pl/Jacek,Antczak,Jak,zapisalem,Hanne,Krall,tytul,artykul,1328.html
|