| Wywiad, jakiego nie było |
|
|
| 20.01.2008. | |
|
Jacek Antczak doszedł do wniosku, że postmoderniści mają
rację – wszystko już było. Zrobiono już tyle wywiadów z Hanną Krall, że nie ma
potrzeby przeprowadzać kolejnego. Wystarczy stare posklejać, pozszywać, utkać w
jeden (prawie) idealny. To najlepsza metoda, żeby opowiedzieć o kimś, kto sam
zszywa cudze losy. Wystarczy podopisywać, zagęścić i powstaje rarytas – książka,
która wciąga jak kryminał. „Reporterka” jak każdy wywiad rzeka dzieli się na mniejsze wywiady, rozdziały. Noszą one tytuły: „Reporter”, „Reportaż”, „Czytelnik”. Brakuje mi jednak rozdziału „Bohater”. Byłby wówczas kompletny trójkąt: Reporter pośredniczy w przekazaniu opowieści Bohatera Czytelnikowi (co nie znaczy, że nie ma tu nic o bohaterach, dwa teksty, „Temat na wszystko” i „Trzeba pytać o widok z okna”, mogłyby złożyć się na ciekawy rozdział). Ale to, że wszystko już było, nie oznacza, że Krall powiedziała już wszystko. Antczak ma się o co dopytywać. O przyszłych bohaterów do opisania, przyszłe reportaże i przyszłość reportażu. „Reportaż staje się coraz bardziej zachłanny i wchodzi w rewiry zastrzeżone dla literatury pięknej. Okazuje się, że o mrocznych sekretach duszy można pisać również reportaże” – mówi Krall. Krall lubi tak mówić: „mój bohater”, „moja ewentualna bohaterka”. Teraz ona staje się bohaterką, jednak nie do końca. Właściwie nie odkrywa się przed nami. Zdawkowe odpowiedzi nabardziej osobiste pytania o lektury, pasje, wiarę pozostawiają niedosyt. Tylko że ta zdawkowość wynika z jedynego tabu, jakie istnieje dla Krall: ona sama. „Nigdy nie napiszę o sobie samej w pierwszej osobie” – mówi. A to Hanna Krall rozmawia tu z Hanną Krall. Widać to w rytmie zdań, w puentach. Parafrazując reporterkę: „On z nią rozmawiał, a ona dawała mu szkołę”. I może dlatego książkę czyta się równie płynnie jak jej teksty. Szkoda jednak, że na 343 pytania, odpowiedzi i dopowiedzi (bo są jeszcze wypowiedzi innych o Krall) tylko trzy dotyczą pobytu w Związku Radzieckim, a żadne – książki „Na wschód od Arbatu”, rewelacyjnej. Widać za to, że Hanna Krall ma dwie życiowe pasje – Żydów i walkę z formą. I o tym opowiada z nerwem. Jak należy pisać i że należy pisać tak, jak nie należy pisać. Tego nauczył ją Marek Edelman. Pisać, żeby ocalić od zapomnienia („Staram się umieścić w reportażach jak najwięcej imion, nazwisk i adresów”). Ale do ocalania od zapomnienia też potrzebna jest forma. Więc: „Nie każde życie nadaje się do opisania”. Bo: „Trzeba pisać tylko o tym, co jest warte zapisania, o czym trzeba ZAWIADOMIĆ ludzi, a nie, co jest potrzebne autorowi lub bohaterowi”. Czyli najważniejszy jest czytelnik. Ciekawe jest też wyśledzenie w tekście, jak Krall pięknie różni się od Kapuścińskiego („Są dwa sposoby opowiadania o świecie. Poprzez szeroką, rozległą panoramę, dzieje narodów, wojny i rewolucje, jak to robi Kapuściński. Albo poprzez historię jednego człowieka, jak ja to robię”) i jak go podziwia („On wszystko wiedział wcześniej. Są tacy ludzie, którzy wiedzą wcześniej od innych: co myśleć, gdzie być, co robić, a także, co ważniejsze, czego nie robić”). I ile jej w uczniach. (Reportera powinna charakteryzować postawa zdziwiona; nie należy zabierać ludziom czasu niepotrzebnie – mówią Krall i Wojciech Tochman. Nie mamy wyobraźni, więc nie piszemy fabuł; odseparowywano nas w dzieciństwie od życia, więc zostaliśmy reporterami – mówią Krall i Mariusz Szczygieł). Krall została reporterką, kiedy przez okno sierocińca obserwowała cudze życie. „Jedni ludzie żyją, a drudzy zapisują ich życie”. Nikt przed Antczakiem nie zapisał chyba wzajemnych poszukiwań Hanny Krall i Wielkiego Scenarzysty, jak lubi mawiać Krall. Ona szuka Jego przez pisanie reportaży. Przez sklejanie rozbitego dzbana. Tak odnajduje „dowody na (Jego) istnienie”.
Recenzja Justyny Wodzisławskiej z Gazety
Wyborczej (15 maja 2007) |
| następny artykuł » |
|---|




